Było kolorowo jak nigdy

Krzysztof Varga, felietonista „Gazety Wyborczej”

Zastanawiam się, dlaczego większość tych zdjęć jest czarno-biała. Przecież tamte dni zdawały się bardziej kolorowe niż to, co było przed nimi. Spoglądam na nie, natychmiast przypominają mi się wszystkie wydarzenia 1989 roku; przypominam sobie siebie jako studenta drugiego roku polonistyki, podekscytowanego tym, co za chwilę się wydarzy, choć przecież należałem do tych, którzy nie wierzyli, że ten system może upaść, i w swoim przyrodzonym pesymizmie byli przekonani, że zawsze będzie tak samo, tyle że gorzej. To było bardzo niedawno temu, wystarczy rzut oka na zdjęcia Okrągłego Stołu, milicjantów, ulicznego handlu i ulicznych demonstracji, by natychmiast wszystko odtworzyło się w pamięci długim filmem – ale filmem kolorowym przecież.

Tymczasem ogląda się te zdjęcia jak dokumenty zamierzchłej epoki, choć minęło ledwo 30 lat i dziś czerń z bielą występują wyłącznie w wysublimowanych artystycznych filmach w rodzaju Idy i Zimnej wojny Pawła Pawlikowskiego czy Romy Alfonso Cuaróna.

Miałem 21 lat, byłem już pełnoletni, ale jeszcze młody, czerwcowe wybory były moją inicjacją w dorosłość. Nigdy wcześniej nie głosowałem, z przyczyn więcej niż oczywistych, nawet nie dlatego, żeby ostentacyjnie je bojkotować w imię walki z komunistyczną władzą, ale dlatego, że nigdy żadne wybory w PRL-u nikogo nie interesowały, a ja osobiście nie znałem chyba ani jednej osoby, która by na nie chodziła. Choć zapewne chodzili sąsiedzi, chodzili rodzice moich kolegów i koleżanek, chodzili znajomi z pracy naszych rodziców i rodziców naszych przyjaciół, lecz naprawdę nie miało to najmniejszego znaczenia. Znaczenie miało dopiero to, gdy my, ledwo co przekroczywszy dwudziestkę, poszliśmy pierwszy raz do urn. To być może były najłatwiejsze wybory w całym moim życiu, każdym życiu, nie tylko tym związanym z polityką, ale z każdym innym aspektem. Nigdy więcej nie byłem w emocjonalnym stanie tak bardzo wyzbytym wszelkich rozterek.

Wybory czerwcowe były jak pierwszy seks, pierwsze wino i pierwsze papierosy, były po prostu pierwszym wszystkim.

Moi rodzice, osobliwie matka, zawsze niebywale ciekawa spraw politycznych, do dzisiaj słuchająca w kuchni Radia TOK FM, a w dużym pokoju TVN 24, nagrywali na wideo obrady nowego Sejmu. Czy można sobie wyobrazić, że ktoś, kto jest szczęśliwym posiadaczem tak rewolucyjnego wynalazku jak odtwarzacz kaset VHS z funkcją nagrywania z telewizora, poświęca czas i taśmy na to, żeby nagrywać obrady Sejmu? Kiedyś rodzice tak się rozpędzili z tym nagrywaniem, że skasowali mi koncert zespołu The Cure, który hołubiłem tak, jak można było wówczas, w epoce przed internetem, przed You Tube’em, przed Amazonem, hołubić arcydzieła ulubionego zespołu. Jeśli w moich relacjach z rodzicami na przestrzeni lat doszło do jakichś bardzo poważnych konfliktów, to awantura o skasowanie The Cure, by nagrać obrady pierwszego wolnego Sejmu, znajduje się w ścisłej czołówce.

Ale potem im wybaczyłem, a dzisiaj ich doskonale rozumiem.

@wramachsopotu