Wspomnienia producentki

Patrycja Tuchanowska-Ruszkiewicz

Zdjęcie Patrycji Tuchanowskiej-Ruszkiewicz

Maciej Stępiński, Fot. Fot. Zosia Zija i Jacek Pióro

Francusko-sopockie stosunki zagraniczne

W 2014 roku francuskie miasto Douville, z którym współpracował Sopot, zaproponowało nam rezydencję w organizowanym przez nich festiwalu „Planche Contact”. Dotąd moja styczność z fotografią polegała na tym, że byłam producentką sesji zdjęciowych, uczestniczyłam w szalonych projektach kalendarzy i współpracowałam z fotografami w ramach różnych projektów miejskich. Wtedy wydawało mi się, że trochę się na fotografii znam, jednak z perspektywy czasu widzę, jak błędne było moje przekonanie. Moja ówczesna szefowa, obecna prezydentka miasta Magdalena Czarzyńska-Jachim wpadła na pomysł zbliżenia w relacji z Douville i przeniesienia pomysłu na festiwal do Sopotu. Zostałam wyznaczona do tego zadania, za co jestem jej ogromnie wdzięczna. Na artystyczną rezydencję „Planche Contact” pojechał sopocki fotograf Tomek Bergmann, który nie dość, że był gotowy na twórczą przygodę, to również podjął się misji podejrzenia festiwalu w Douville od kuchni.

Pierwsza edycja FFWRS

W 2015 roku zdecydowaliśmy się na pilotażową edycję festiwalu, który po premierze sopockiego kalendarza autorstwa Tomka Bergmanna „W ramach Sopotu” przejął jego nazwę, i to ona nadała mu kierunek i charakter. Tomek został dyrektorem artystycznym festiwalu, ja jego producentką. Impreza była w pełni finansowana przez miasto i organizowana przez Biuro Promocji, co było i jest dość wyjątkowym przypadkiem. Plan był taki: zaprosić na rezydencję znakomitych fotografów, oni zrobią wspaniałe zdjęcia prezentujące nowe spojrzenie na Sopot. Prace opublikujemy w kalendarzu i w ten sposób zyskamy świetną możliwość promocji miasta.

O… jak bardzo zdziwiły nas pomysły pierwszych rezydentów! Jacek Poremba sfotografował piękne, stuletnie mieszkanki Sopotu, Radek Polak rodziny repatriantów, a Szymon Szcześniak przypadkowych ludzi na molo. Szymon Rogiński zrobił zdjęcia nocą, a Igor Omulecki stworzył kolaż. Przygotowując się do przyjazdu rezydentów, pilnie przestudiowaliśmy ich portfolia i spodziewaliśmy się, że zrobią coś w stylu swoich prac komercyjnych. Tymczasem grupa ochrzciła się mianem „Dziady”, delektowała się wspólnym towarzystwem, chwaląc rezydencję za okazję do oderwania się od zleceń i możliwość zrealizowania projektów, na które na co dzień nie ma przestrzeni i czasu

Pierwsza edycja festiwalu została zwieńczona wystawą, premierą kalendarza oraz spotkaniami i warsztatami z artystami. Kalendarz był wspaniały, koneserzy go chwalili, ale mieszkańcy byli raczej oburzeni. Nie zapomnę nigdy tego, gdy ktoś zadał mi pytanie: „Jak Pani sobie to wyobraża? Patrzeć przez miesiąc na jakąś starą kobietę?” To był moment, w którym po raz pierwszy zrozumieliśmy, że nie da się zrobić festiwalu artystycznego dla wszystkich. Trzeba podjąć decyzję: ulegamy części widowni i będziemy zamawiać u rezydentów „ładne obrazki”, czy dajemy im wolność. Dyskusje były burzliwe, a w ich wyniku stwierdziliśmy, że bez ryzyka nie ma dobrych wystaw. Postawiliśmy na wolność w sztuce.

Bez ryzyka nie ma dobrej wystawy

W rozmowach często ktoś pyta, czy mam ulubione zdjęcie, które powstało w trakcie rezydencji, albo który artysta najbardziej nas zaskoczył. Nie potrafię odpowiedzieć na te pytania. Każdy rezydent zostawił w Sopocie swój ślad. Przyzwyczailiśmy się, że rezydencje sprawiają, że artyści robią nam i chyba sobie samym niespodzianki. W sumie to, że nie wiemy, jak będzie wyglądała główna wystawa festiwalu, jest mało odpowiedzialne z perspektywy kogoś, kto musi mieć wszystko zaplanowane. Ryzykujemy my, ryzykują artyści, którzy często sami nie wiedzą, jak ułoży się ich praca. Czasu jest mało, pogoda bywa kapryśna, niczego do końca nie można przewidzieć. Pewna jest jedynie data przyjazdu i wyjazdu rezydentów. Oczywiście są tacy, którzy planują, omawiają pomysł z kuratorem, przygotowują się zdalnie. Nasz zespół podsuwa im lokacje, kontakty, udostępnia archiwa, organizuje ludzi, wyszukuje najdziwniejsze informacje o Sopocie. Zmieniamy się z urzędników w asystentów i miejskich fikserów. Jednak są też artyści, którzy szukają inspiracji dopiero po przybyciu na miejsce. Pierwsze dni poświęcają na spacery, chcą poczuć ducha miasta i spontanicznie wpaść na pomysł. Wciąż się uśmiecham na wspomnienie Sashy Kurmaza, rezydenta w 2018 roku. Wtedy po raz pierwszy nasi kuratorzy Adam Mazur i Maja Kaszkur zaprosili twórców zagranicznych. Pojechałam po Sashę na lotnisko i zrobiliśmy małą rundkę po Sopocie. Pokazałam mu molo, Park Północny i Południowy, ulicę Monte Cassino, Operę Leśną i plażę, a on do mnie z pretensją: „Czy Ty w ogóle widziałaś moje fotografie? Wiesz, o czym są? Co ja mam tu sfotografować?! Tu jest wszędzie ładnie i biało!”. Finał był taki, że Sasha sfotografował nocą las…

Lecz mimo niepewności i strachu towarzyszącym nam przez cały czas trwania festiwalu, moment uznania najbardziej wyczekiwanej głównej wystawy rezydentów za gotową jest wart każdej przeżywanej przez zespół emocji.

"Podjarka"

To, w jaki sposób festiwal wpłynął na moje życie, na postrzeganie sztuki, jak zmieniła się moja wrażliwość i jak wiele mam szczęścia, mogąc poznać najwspanialszych polskich fotografów, sprawia, że głęboko wierzę, że sztuką należy ludzi nie tyle otaczać, co wręcz atakować. Oczywiście nie każdy z tego skorzysta, ale wierzę, że taka jest misja festiwalu i Sopotu – miasta kultury i sztuki. Jestem szczęściarą, kocham swoją pracę i dzielę tę miłość z naszą festiwalową ekipą: Weroniką, Przemkiem, Klaudyną, Pawłem, Tomkiem i prezydentką miasta, dzięki której realizujemy ten projekt. Jesteśmy małym miastem, więc środków również nie ma zbyt wiele, każdy z niezbyt licznego zespołu ma bardzo dużo zadań, ale jesteśmy bardzo dumni z tego, jak rozwinął się festiwal – od jednej wystawy rezydentów w jego premierowej edycji do niezliczonej liczby premier i ponad 50 cykli rezydencyjnych w kolejnych latach. Dyrektor jednego z dużych festiwali fotografii podczas spotkania z naszą ekipą powiedział, że zazdrości nam tego zapału i „podjarki”. Mam nadzieję, że to się nigdy nie zmieni.

Do zobaczenia na 10. edycji FFWRS!

Skip to content