fot. Marta Berens
Rok
W czasach, gdy zło na nowo podnosi łeb, karmiąc się podziałami i lękiem, budując napięcie oplatające cały glob, nasuwa się pytanie: jak mogliśmy tak szybko zapomnieć o okrucieństwach, spirali opętania złem, masowych mordach i jawnej dyskryminacji „innych”? Jak blisko już jesteśmy powtórzenia scenariusza jednego z najbardziej widowiskowych spośród spektakli zła – II Wojny Światowej?
Duch transformacji unosi się w powietrzu. Tylko od nas zależy czy ta zmiana pójdzie w stronę światła. Rzeczywistość tworzą nasze opinie, myśli, postawy etyczne, decyzje.
Przyszło nam żyć w ciekawych czasach, kolejny przełomowy moment naszych dziejów – historia się powtarza, zjadamy własny ogon jak Uroboros – symbol czasu i odradzania.
Jak ułożymy nowy grunt na fundamencie tych podziałów, które zaraziły nas jak wirus, pandemia zła i upadku wartości? Dokąd nas zaprowadzi wyścig ego, konsumpcja, umacnianie nierówności, brak reakcji na kryzys klimatyczny?
Znamy już za dobrze ciosy nienawiści, spiralę obłędu, pełną gamę bestialstwa, żyjemy w znieczulicy – wiemy, że ludzka dusza za życia może zejść głęboko do piekła. Jak odwrócić bieg koła historii? Jak wykorzystać ten moment na odrodzenie w jasności, zgodzie i wzajemnym poszanowaniu różnic?
Z poczucia bezradności poddałam się działaniu. Terytorium, które dało mi do tego możliwość, stał się Sopot. Zainspirowana szamańską ścieżką, która oferuje formę dialogu z innymi światami, postanowiłam wyruszyć w swoistą podróż do świata pomiędzy tym, który jest, a tym, który pamięta, i by tam poprosić duchy miasta o pomoc. Podróż rozświetlał mi ogień, który od wieków jest silnym symbolem oczyszczania, rozjaśnia mrok, daje moc.
Szaman prosi o pomoc, jest medium, łącznikiem, który ma przynieść rozwiązanie problemów, uleczenie dla swojego plemienia. Zahipnotyzowana pięknem, tajemniczą i ponadczasową aurą miasta, odbyłam podróż po Sopocie skąpanym w symbolice masońskiej architektury, gdzie powietrze jest nasycone nadal żywym duchem przeszłości, a mocno osadzeni w ziemi, współcześni mieszkańcy miasta opuszczają domy, w których straszy.
To miasto widziało wiele, było świadkiem ludzkich tragedii, przeplatania się losów wielu narodowości, rozdarcia serc poprzez podziały. Podczas tej wyprawy jak mantra wracała do mnie myśl o tym, jak bardzo jesteśmy ze sobą splątani, jak od siebie jesteśmy zależni, tym samym – jak bardzo od nas zależy kierunek, w którym dalej pójdziemy jako ludzkość.
Przed nami jeden z najważniejszych egzaminów – test na to, czy uda nam się zjednoczyć i wspólnie postawić granice oparte na delikatności, miłości, tolerancji, uważności na innych, na głosy natury. Tylko wyznaczenie granic może dać prawdziwą wewnętrzną wolność. Duchy nie straszą. Piekło mamy w nas, możemy z niego w każdej chwili wyjść, używając głosu serca i puszczając lęk. Wszystko zaczyna się w głowie.